O mnie
Mam na imię Dorota. Od wielu lat interesuję się tzw. rozwojem duchowym, niewyjaśnionymi przez naukę zagadnieniami, ezoteryką. Praktycznie od zawsze, czyli odkąd pamiętam. Jako nastolatka czytywałam "Nieznany świat "(jedyne wówczas TAKIE pismo), eksperymentowałam z wahadełkiem. Jednocześnie, od początku swojej tzw. edukacji, niezmiennie kroczyłam ścieżką racjonalności i rozumu: prestiżowe LO we Wrocławiu o ściśle matematycznym profilu, studia na Politechnice Wrocławskiej. Żyłam, jak wiele kobiet naszych czasów: rodzina, dom, dzieci, praca - później także na własny rachunek.
Pierwszego wyłomu w utartej ścieżce dokonałam po przeczytaniu książki Anthony de Mello "Przebudzenie". Uświadomiła mi ona wiele schematów jakim podlegam. No i to przesłanie, które wyzierało z każdej niemal strony tekstu oraz stylu w jakim pisał: DUCHOWOŚĆ JEST CZYMŚ NAJBARDZIEJ PRAKTYCZNYM NA ŚWIECIE. Przeczytałam ją kilkakrotnie i widzenie Rzeczywistości w kategoriach: tu- odlot, nawiedzenie i cudowności, a tam- twarda "realna" rzeczywistość zaczęło się chwiać w posadach, by po paru latach ostatecznie runąć.
Potem zaczęłam się interesować głębiej tym, jak funkcjonuje umysł- zwłaszcza ten podświadomy i rozpoczęłam pierwsze praktyczne próby "kodowania"- bezskuteczne, jak wtedy myślałam. Prawdziwym natchnieniem była wówczas dla mnie "Potęga podświadomości" Murphy'ego, Jednak pomimo otwartości, a nawet entuzjazmu i niemałej cierpliwości- niewiele z tego wynikało. Zupełnie byłam "niepodatna" i bardzo się zniechęcałam, bo nigdy nie byłam i nadal nie jestem osobą skłonną przyjmować coś tylko "na wiarę". Jednym słowem klęska na całego.
Jednak te poszukiwania i próby doprowadziły mnie do wniosku, że nie jestem w stanie zaprogramować swojej podświadomości w sposób idealny, bo... tak naprawdę nie wiem, czego pragnę naprawdę. Jakiekolwiek kodowanie wprowadzałam, po jakimś czasie dochodziłam do wniosku, że to nie to. Że to tylko środek, a nie cel właściwy. No a co jest tym mglistym celem? Chciałam po prostu przestać cierpieć i być radosną, szczęśliwą osobą. Spełnioną- cokolwiek miałoby to znaczyć. Dość sporo czasu minęło, zanim to do mnie dotarło w pełni. I tak zaczęłam dojrzewać do medytacji. Niestety i tu moja "ułomność" dała o sobie znać w całej pełni. Pierwsze próby (nieudane oczywiście) utwierdziły mnie tylko w przekonaniu, że to wszystko, to jakiś wymysł ludzi, nakręcających się wzajemnie na tzw. duchowość. Oszustwo, a co najmniej nadinterpretacja... Po jakimś czasie zmieniłam zdanie i tkwiłam w przekonaniu, że pewnie "coś w tym jest", ale ja nie mam predyspozycji. Mówiłam o sobie "kołek energetyczny"...
Za jakiś czas, od innej strony- jedynej chyba wówczas możliwej dla mnie - czyli od strony intelektualnej dotarłam do Osho. Jego szczerość, humor, ironia i bezkompromisowość przyciągnęły mnie jak magnes, a to, co mówił było jak objawienie (możecie zerknąć na linki). Czytałam namiętnie wszystko, co udało mi się wyszperać. Dosłownie wchłaniałam jak odkurzacz- dawno już mi tak nie odwaliło!
Postanowiłam popróbować "ostatni raz" i wybrałam się na dwudniowe warsztaty medytacyjne Osho do Warszawy. To było w roku 2004. Tym razem zaskoczyło od pierwszego kopa i od tej pory po prostu sama za sobą nie nadążam.
Zmieniło się we mnie WSZYSTKO: od emocji, przez myśli, po ciało fizyczne. Teraz wiem, dlaczego Osho uważał, że najważniejszą cechą człowieka prowadzącą do duchowości jest odwaga... Tego akurat nigdy mi nie brakowało
.
A potem wprowadził na ścieżkę "niejedzenia".
Wiem już dlaczego mi nie wychodziło. Niemal wszystkie dostępne techniki medytacyjne oparte są na wizualizacji lub/i oddechu. A ja czucie oddechu miałam zablokowane, a przy każdej próbie wizualizacji czegokolwiek udawało mi się osiągnąć jedynie czarną dziurę. Do tego ten mój kochany Krytykator w głowie, który przy każdej próbie nadawał jak najęty.... Czucie oddechu zresztą odblokowało mi się po ok. roku, a wizji, czy choćby obrazów nie miewam do dziś.
Wszystko to rekompensuje mi dźwięk. Dziwne... zważywszy, że nigdy nie byłam specjalnie muzykalna.
Swój gong czuję całą swoją Istotą, jakby i on był żywą Istotą, która otwiera się pięknie i przyjaźnie od moich dotknięć, wydając tysiące tonów w bardzo szerokim zakresie. Przenikając wszystko do samej głębi...
Zyskałam więc w dużym stopniu nowe emocje, nowe myśli i nowe ciało. I pojęłam wreszcie, co mają na myśli wszyscy mistycy, którzy wciąż powtarzają, że całą prawdę mamy w swoim wnętrzu. Odpowiedź na KAŻDE pytanie. Że aby lepiej pojąć świat, nie trzeba się niczego uczyć- a raczej oduczyć. Nie trzeba niczego nowego dodawać- a raczej odjąć. I nie są to jakieś symboliczne powiedzonka, ale konkretne stwierdzenie faktu. Do tej PRAWDY, ukrytej w nas, trzeba się jednak umieć dostać, a dźwięk gongu i jego Energia bezbłędnie nas tam pokierują.. Ponieważ w swojej najgłębszej istocie wszyscy jesteśmy dźwiękiem właśnie. Dźwiękiem i wibracją.
Ja odkryłam swoją misję i od jakiegoś czasu ją realizuję. Zawodowo, bądź nie. Początkowo także nieświadomie. A jest nią pomoc innym w OTWIERANIU SIĘ. Nie na świat, nie na jakąś konkretną umiejętność- ale na swoje wnętrze. Bo to tamtędy wiedzie droga do wszystkiego... Wiem, że najprościej, najszybciej i najlepiej może się to stać z pomocą dźwięku. Jeśli już to się dzieje, tym lepiej- dźwięk znacznie TO umocni. Nie wiem co znajdziesz po drodze. Nie wiem jak długo to potrwa. Ale wiem NA PEWNO, że będziesz zaskoczony.
Od 2004r. pracuję z sobą i dźwiękiem archaicznym. Od 2006 gram na gongu i misach. Koncertuję, prowadzę grupowe medytacje i kąpiele w dźwięku gongu, udzielam "na zewnatrz". Pokazywałam siłę dźwięku gongu m.in w salonie profesora Dudka, w areszcie śledczym we Wrocławiu i w klubie osób niedosłyszących. Uczyłam się terapii dźwiękiem wg metody Petera Hessa i koncertowania u samego Dona Conreaux. Od 2007 roku zaczął otwierać mi się głos- po jednym z warsztatów śpiewu, prowadzonego przez prawdziwego szamana z Syberii- Gendosa. To bardzo specyficzny rodzaj śpiewu- nazywany śpiewem gardłowym (Khoomei- czytaj: hiumej)- bardzo trudny do wykonania, ale niezwykle wibrujący... otwierający. Nie wiem co jeszcze mi sie otworzy i do czego mnie to wszystko poprowadzi, ale... to właśnie jest PIĘKNE
. To odkrywanie. Swojego wnętrza- i wspomaganie, by pomóc mu rozkwitnąć...
Magia ta, będzie czymś najbardziej praktycznym na świecie...
***
NIEBIESKI KOSMICZNY ORZEŁ : siła wizji
Właśnie dziś dostrzegam, co zagradza mi drogę do spełnienia marzeń...
Właśnie dziś uwalniam się od kompleksów, obaw, zewnętrznych zależności, przymusów, zakazów i nakazów
Kierując się sercem, staję się anteną sięgajacą wyższych wymiarów...
Dziś nikomu niczego nie zazdroszczę. Materia nie ma już nade mną władzy.
Niezależność jest kluczem do bogactwa...
To nie moje słowa :)
Tak charakteryzuje mnie- zgodnie ze swoją symboliką
Kalendarz Majów
Charakterystykę uzyskałam- po wybraniu zakładki Metryka
i wpisaniu swojej daty urodzenia ze stron:
http://www.maya.net.pl/ p. Hanny Kotwickiej
Wg Majów (i wielu innych nauk) energie dnia narodzin
towarzyszą człowiekowi- w różnych przejawach- przez całe życie.
Określają cel obecnego życia na Ziemi...

Marcin Trygar
Komentarze: